Niesamowity zbieg okoliczności...

Agnieszka zaraża pozytywnym myśleniem :)
Agnieszka zaraża pozytywnym myśleniem :)
Dziś na naszym blogu historia Agnieszki, która choruje na RZS i którą spotkał niesamowity zbieg okoliczności. Przeczytajcie i przekonajcie się sami. Zachęcamy do przyłączenia się do akcji: Pokażmy Młode Twarze Reumatyzmu!!! Jeśli chcecie podzielić się Waszą historią to przypominamy, że historie swojego chorowania można przesyłać (wraz ze zdjęciem!) na adres: m.kotarba@3majmysierazem.pl

Był maj 2012 roku. Miałam wtedy 28 lat. Od dawna wybierałam się z koleżankami na jakąś imprezę – tak aby się wyskakać, wytańczyć. Dawno nigdzie nie byłyśmy razem i nadszedł ten dzień. Tańczyłyśmy całą noc i było fantastycznie. W niedzielę wstałam z opuchniętymi kostkami u stóp, pomyślałam – „żeś dziewczynko wyskakała to teraz musisz to rozchodzić”. I do tego dążyłam. Łaziłam bez celu w kółko – ból trochę minął, ale opuchlizna nie zniknęła. Myślałam – „zejdzie, tylko musisz odpocząć”. W poniedziałek poszłam normalnie do pracy, we wtorek tak samo. Jednak we wtorek zaczął mnie boleć bark, bardzo boleć. Po południu wybrałam się do lekarza pierwszego kontaktu, żeby mnie obejrzała, może jakąś maść przepisała. Pani doktor po wysłuchaniu co robiłam itd. doszła do tego samego wniosku co ja – „...na imprezie machałam ręką to pewnie coś ponaciągałam, poboli i przestanie”. Z maścią i tabletką przeciwbólową wróciłam do domu. W nocy ze środy na czwartek obudził mnie ból... Ból nie do opisania... Straszny. Brak możliwości ruchu. Nie mogłam podnieść głowy, nogi, ręki – nic, zupełnie nic, jakby ktoś przybił mnie do łóżka. Poczułam każdy staw, każdą chrząstkę i każdą kość z jakiej się składam. Kolejne próby podniesienia się nie przynosiły rezultatów. Minęły około trzy godzin. Zaczęłam płakać. Nie z bólu, on nie wywołał łez. Pojawił się płacz z całkowitej bezsilności, ze strachu że więcej nie wstanę. W głowie kołatały mi się pytania – co się dzieje?, co mi jest?. Przyszła do mnie Mama, która pomogła mi wstać z łóżka i podała mi bardzo silne leki przeciwbólowe, żebym mogła się choć trochę poruszać. I tak męczyłam się prawie 2 miesiące. Bez ruchu, bezsilna, ze łzami. W między czasie jeden reumatolog – przepisał leki przeciwzapalne i przeciwbólowe (na tę wizytę czekałam trzy tygodnie). Kuracja nic nie dała, żadnych pożądanych skutków. Zdecydowałam się na wizytę prywatną u polecanej przez znajomych reumatolog. Wizyta po trzech dniach i tam wstępna informacja – to może być RZS. Jak dla mnie, w tamtym momencie nie było to nic strasznego, bo przecież skąd mogłam wiedzieć czym jest RZS? Pani doktor przepisała serię badań i wprowadziła metypred. Wyjaśniła mi, że lek ten trochę zaćmi moje wyniki badań, jednak muszę go zacząć brać, żeby pozbyć się aż takiego bólu i opuchlizny. Wróciłam do domu i oczywiści zaczęłam szukać informacji o chorobie. Z każdą chwilą gdy czytałam informacje na temat RZS czułam się jakby ktoś mi dał w twarz. Myślałam tylko o tym, że to nie możliwe. Tak z nikąd pojawiła się choroba, która będzie mi towarzyszyła do końca życia... Choroba, która może nie pozwolić mi na posiadanie dzieci? Przecież to nie możliwe! Dlaczego? Odczekałam trochę czasu.. Przyszły wyniki badań.. Ja już czułam się lepiej – metypred zrobił swoje! Pojechałam na kolejną wizytę do lekarki. 30. sierpnia 2012 roku weszłam do gabinetu jak na skazanie i usłyszałam wyrok – to RZS! Reumatolog mówiła dalej, ale ja już chyba nie słuchałam. Dochodziły do mnie tylko jakieś dźwięki, coś jak przez mgłę. Wyszłam z gabinetu i zaczęłam płakać.
Tak się dziwnie złożyło, że dwa dni później w restauracji poznałam chłopaka. Był miły, wzięliśmy po kawie i poszliśmy posiedzieć na skwerku obok. Rozmawiało nam się bardzo dobrze, jednak żeby nie robić nikomu nadziei, postanowiłam ostrzec go od razu i wyparowałam – Słuchaj, ja jestem nieuleczalnie chora i moja choroba prowadzi do kalectwa, wiec wiesz, fajnie jest, miło ale to chyba będzie nasze jedyne spotkanie. On długo się nie zastanawiając odpowiedział – Wiesz, ja jestem żołnierzem, misjonarzem, za dwa miesiące wylatuję do Afganistanu. Ty walczysz o życie, a ja się pcham na śmierć. I tak zaczęliśmy się spotykać. Dziś jesteśmy zaręczeni. Mieszkamy razem, budujemy wspólnie dom. Co będzie dalej to czas pokaże. Remisja się u mnie utrzymuje od dłuższego czasu, więc od 1,5 miesiąca nie przyjmuję metotreksatu, tylko 2 mg metypredu. Myślę o dziecku. Życie się zaczęło układać, choroba daje o sobie znać czasami, ale co z tego? Mam przy sobie bliską mi osobę, która jest moim napędem do życia, do walki z chorobą. Wiem, że RZS-u się nie pozbędę, wiem że będzie mi towarzyszyć cały czas, przez całe moje życie – raz ostrzej a raz słabiej, ale... nie ma tego złego...



Życzę wszystkim chorym pozytywnego podejścia, bo to ono jest najważniejsze – cała reszta sama się układa.
Trwa ładowanie komentarzy...